ocena 4 /10

Asteriks i kopiuj/wklej

Tomasz Pstrągowski | aktualizacja 2013-11-26 (13:31) 10 miesięcy 28 dni 21 godzin i 11 minut temu | 2 opinie
Asteriks i kopiuj/wklej

"Asteriks" jest jedną z tych serii, za którą wszyscy tęsknią, ale której nowe albumy wciąż rozczarowują. Nie inaczej jest i z najnowszym tomem. "Asteriks u Piktów" najprawdopodobniej sprzeda się świetnie. Połechcze czytelniczą nostalgię i przypomni jak dobre były komiksy tworzone przez Rene Goscinnego i Alberta Uderzo. Jednak oddana w ręce nowych artystów seria pozbawiona jest uroku, humoru i ciekawego scenariusza. Nie jest to, jak chciałby wydawca, nowa jakość i powrót do świetności, a co najwyżej rozczarowujący średniak bez ambicji.



Nie jest żadną tajemnicą, że seria o przygodach dwóch zabawnych, odważnych Galów od dłuższego czasu radzi sobie coraz gorzej. Stworzony w 1961 roku tytuł miał dwóch ojców - Rene Goscinnego i Alberto Uderzo. To dzięki ich współpracy Asteriksowi i Obeliksowi udało się podbić serca czytelników. Jednak po śmierci pełniącego rolę scenarzysty Goscinnego w 1977 roku, Uderzo postanowił samodzielnie ciągnąć serię. Miał do tego prawo, jego scenariusze nie były wcale złe, brakowało im jednak lekkości i przewrotności skryptów Goscinnego. Od 25 zeszytu seria jest wyraźnie słabsza - mniej w niej ironii, nawiązań do współczesności i dyskretnych żartów na drugim planie, a więcej slapsticku, bójek i przegadanych żartów.

Nikt się tym nie przejmował, bo w międzyczasie "Asteriks" stał się olbrzymią popkulturową marką. W 2009 roku, z okazji 50. urodzin sympatycznych Galów, ogłoszono, iż ich przygody przetłumaczono na 107 języków, zaś na całym świecie sprzedano ponad 325 milionów albumów (z czego około 200 milionów poza Francją). Ukochani bohaterowie wystąpili w 8 filmach animowanych, 4 produkcjach aktorskich i ponad 20 grach wideo. Ich popularność jest tak duża, że 1989 roku powstał nawet tematyczny park rozrywki. Nic więc dziwnego, iż Albert Uderzo, zarzekający się niegdyś, że nie odda postaci w obce ręce, zmienił zdanie. Nowymi autorami "Asteriksa" zostali Jean-Yves Ferri (scenariusz) i Didier Conrad (rysunki) - dwaj francuscy artyści, których "wielkość" "Asteriksa" wyraźnie przygniotła.

"Asteriks u Piktów" to kolejny album podróżniczy. Do wioski wojowniczych Galów dociera (drogą morską) zamrożony w lodzie Pikt - przedstawiciel plemiennego ludu zamieszkującego ziemie dzisiejszej Szkocji. Gdy tylko udaje się z nim porozumieć, okazuje się, że potrzebuje pomocy głównych bohaterów. Został schwytany i wrzucony do morza przez zdradzieckiego wodza innego plemienia. Co gorsza, podstępny Mac Rofagh sprzymierzył się z Rzymianami i planuje przejąć władzę nad wszystkimi plemionami. Astreriks i Obeliks postanawiają oczywiście odeskortować swojego gościa do domu i pomóc w walce o słuszną sprawę.

Największym problemem najnowszego "Asteriksa" jest fakt, iż absolutnie niczym nie zaskakuje. Wszystko jest tu oczywiste. Nie tylko dla fanów serii, ale dla każdego, kto kiedykolwiek słyszał o dzielnych Galach. Bohaterowie znajdą obcokrajowca, wyruszą z nim do domu, natkną się na Rzymian i wypiją magiczny napój. Na drugim planie pojawi się wątek romantyczny, a Obeliks kilka razy obrazi się za nazwanie go grubym. Każdy żart opowiedziany w "u Piktów" kiedyś już został w Asteriksie opisany. Każda sytuacja komiczna jest skopiowana. Jedyne na co stać Ferriego i Conrada to powtarzanie po mistrzach. I choć mogłoby się wydawać, że to słuszna strategia, to nowym autorom brak lekkości - kłócący się z Asteriksem Obeliks nie jest już uroczy, ale irytujący, a wszystkie (naprawdę wszystkie!) postacie drugoplanowe są nudne i bez wyrazu. Nie śmieszy nawet wątek sympatycznego rachmistrza, który przybył do wioski, by policzyć galów, a obowiązkowa scena z piratami i kolejny marudny legionista przypominają tylko, że kiedyś "Asteriksy" były naprawdę zabawne.

Didier Conrad dobrze radzi sobie w roli rysownika, ale, podobnie jak Ferri, ogranicza się do kopiowania stylu poprzednich albumów. Trudno orzec, czy to jego autonomiczna decyzja, czy takie dostał wytyczne, faktem jest jednak, że po "Asteriksie" nowych autorów spodziewałem się jakichkolwiek nowości. Zamiast tego dostałem dokładnie te same grymasy, te same kolory, ten sam rozkład kadrów. Tylko tautologicznej narracji z offu jest tu nieco więcej, nie jest to jednak zaleta.

To przeciętny, nieśmieszny, wymuszony album, który zadowoli tylko najwierniejszych fanów
"Asteriks u Piktów" udowadnia, że "Asteriks" to seria dwóch autorów. Rene Goscinnego i Alberta Uderzo. I o ile sporo straciła pod rządami rysownika, to oddana w ręce zupełnie nowych twórców traci jeszcze więcej. To przeciętny, nieśmieszny, wymuszony album, który zadowoli tylko najwierniejszych fanów. Produkt, a nie dzieło. Nie jest zły, ale gdyby postawić go na jednej półce z najwybitniejszymi częściami ("Asteriks i Kleopatra", "Asteriks legionista", "Asteriks na igrzyskach olimpijskich"), najprawdopodobniej spaliłby się ze wstydu. Lub przynajmniej niebo spadłoby nam na głowę.
2
4 /10
OCENA

Każdy żart opowiedziany w "Asteriksie u Piktów" kiedyś już został w "Asteriksie" opowiedziany. Jedyne na co stać Ferriego i Conrada to powtarzanie po mistrzach

oceń
tak 13 54.17%
nie 11 45.83%

Opinie (2)

Pozostało znaków: 4000

REGULAMIN

1
3
~komentator ludowy 2013-11-27 (12:34) 10 miesięcy 27 dni 22 godziny i 8 minut temu

a gdzie Kajko i Kokosz albo Tytus co, tylko zagraniczny chłam reklamujecie....

odpowiedz

1
0
~oisaj 2013-11-27 (12:27) 10 miesięcy 27 dni 22 godziny i 15 minut temu

Panie Tomaszu mam pytanie. Czy czytał Pan może poprzedni album, ostatni autorstwa Uderzo? Zgadzam się z Panem, że Piktowie to album wtórny, ale z drugiej strony o niebo lepszy niż ostatni, więc chyba jednak warto dać nowemu scenarzyście odrobinę kredytu zaufania. Pozdrawiam

odpowiedz