ocena 4 /10

Nowe "Thorgale" już w sklepach

komiks.WP.PL | aktualizacja 2011-11-10 (12:08) 2 lata 5 miesięcy 14 dni 16 godzin i 39 minut temu | 0 opinii

Na rynku ukazały się właśnie dwa nowe albumy z serii "Thorgal": 33 tom głównej serii, "Statek miecz", i "Louve", pierwszy tom nowej serii pobocznej, której bohaterką jest córka Thorgala i Aaricii. Czy po 34 latach słynna seria wciąż budzi emocje i warto po nią sięgnąć? Przekonajcie się, czytając nasze recenzje.






"Statek miecz", najnowsza część cyklu o słynnym wikingu z polskimi korzeniami, nie jest może arcydziełem współczesnego komiksu, ale po kilku (kilkunastu?) nieudanych albumach, zaskakuje dobrą formą. Sente i Rosiński porzucają klimaty fantasy i wracają do tego, co w serii zawsze sprawdzało się najlepiej - ciekawych pomysłów osadzonych w nordyckiej scenografii.

Thorgal Aegirson, odważny i waleczny wiking, potomek gwiezdnych podróżników, nie zaznał spokoju. Po krótkim odpoczynku, który dla czytelników oznaczał wypchnięcie na plan pierwszy jego syna, bezbarwnego Jolana, wyrusza śladami porywaczy drugiego dziecka, Aniela. Jak to jednak w serialach bywa, zanim dojdzie do konfrontacji, bohater przeżyje kilka przygód. Zostaje więc pasażerem niezwykłego statku miecza, średniowiecznego lodołamacza, spotyka dawną znajomą i, aby ją ratować, skonfrontuje się z próbującymi wydobyć zatopiony skarb zakapiorami.

Nowemu tomowi sagi wciąż daleko do najlepszych jej momentów - "Łuczników", "Gwiezdnego dziecka" czy epizodu południowoamerykańskiego - ale po długich latach posuchy, gdy znudzony serią Van Hamme pakował Thorgala w coraz bardziej absurdalne przygody (łącznie z pozbawieniem go pamięci), a przejmujący tytuł Sente nie potrafił uchwycić jej ducha, nawet przeciętny album ucieszy oddanych fanów. Choć "Statek miecz" nie jest więc żadnym arcydziełem scenopisarstwa, a jedynie prostą opowiastką przygodową, czyta się go bez bólu. Sente poprawnie zawiązuje wątki, sprawnie wprowadza postacie drugoplanowe, a kulminacja ma w sobie akurat tyle dramatyzmu, by czytelnik nie odniósł wrażenia, że po raz kolejny został oszukany.

Duża w tym zasługa powrotu głównego bohatera i realizmu. Znany i lubiany Thorgal, od zawsze będący główną siłą napędową serii, jest o wiele lepiej skonstruowaną postacią, niż jego syn. Brak mu też mistycznych mocy, które skłaniały scenarzystę do fantastycznych wtrętów. Zresztą o słabości Jolana świadczyć może jedna, jedyna scena, w której się pojawia - najsłabsza w całym albumie, przypominająca zapis z nieudolnej sesji RPG. To w niej jednak pojawia się zapowiedź bardzo ciekawego wątku, konfrontacji wikingów i ich bogów z południowoeuropejskim chrześcijaństwem.

W świetnej formie pozostaje Rosiński. Ci, którzy do tej pory nie przekonali się do nowego, malarskiego stylu, najprawdopodobniej wciąż pozostaną na swoim stanowisku, ale wszyscy inni powinni być zachwyceni. "Statek miecz" wygląda bowiem doskonale.
"Louve" to kolejna seria poboczna bazująca na popularności "Thorgala". Tym razem w centrum zainteresowania autorów znalazła się, potrafiąca rozmawiać ze zwierzętami, córka słynnego wikinga i Aaricii. Fani mogą być jednak rozczarowani, gdyż komiksowi Romana Surżenko i Yanna daleko nie tylko do najjaśniejszych momentów serii, ale i pierwszego albumu o Kriss de Valnor.

Akcja pierwszego tomu "Louve" rozgrywa się w tym samym czasie, co wydanego właśnie "Statku miecza". Jolan opuścił domowe pielesze i ruszył na spotkanie z bogami. Przy żonie i córce brakuje również Thorgala zajętego ratowaniem drugiego z synów - porwanego przez czerwonych magów Aniela. Pozostawione same sobie Aaricia i Louve nie mają zaś w wiosce łatwego życia - zresztą negatywne doświadczenia Thorgala z wikingami już dawno powinny go nauczyć, iż nie jest mu pisane życie wśród nich. Zmuszona do walki z rówieśnikami Louve trafia na dziką wilczycę, zdetronizowaną przywódczynię stada, która prosi ją o pomoc. Tak rozpoczyna się jej pojedynek z tytułową Raissą, groźną i agresywną czarną wilczycą, atakującą ludzi i oddającą ich tajemniczemu magowi Azzalepstönowi.

"Louve" to trzecia już próba wprowadzenia na scenę nowego bohatera - po niezbyt udanym debiucie Jolana (który ma zostać głównym bohaterem serii, ale póki co wciąż musi konkurować z ojcem) i ciekawym powrocie do Kriss de Valnor. Niestety, córce Thorgala i Aaricii bliżej do brata niż ojca - w pierwszym tomie jest raczej zbiorem przypadkowych cech, niż pełnoprawną, wielowymiarową postacią. Można odnieść wrażenie, że to manekin potrzebny twórcom do prowadzenia fabuły. Louve nie ma więc własnej osobowości, a i jej losy zaczerpnięte zostały z innych tomów serii - wątek prześladowania przez innych wikingów, to przecież niemal dokładna kopia doświadczeń Thorgala, przygoda z wilkami otwarcie czerpie z "Wilczycy", a motyw ukrytej przed ludźmi fantastycznej krainy, był przez Van Hamme'a eksploatowany kilka razy.

Ale wtórność to nie najcięższy z grzechów Yanna. O wiele większym wydaje się być brak autokrytycyzmu - zachwycony swoim rzemiosłem scenarzysta zarzuca czytelnika wątkami, których nie potrafi rozwiązać. W jednym tylko albumie upycha ich aż trzy (walka Louve z rówieśnikami, pojedynek z czarną wilczycą i spotkanie z Azzalepstönem), nie odpuszczając jednocześnie postaciom drugoplanowym - Aaricii i Thorgalowi. W efekcie historii brak wyraźnego punktu kulminacyjnego, a źle poprowadzona główna bohaterka pozostaje dla czytelnika obca. Na tak wątłej podstawie bardzo trudno zbudować jakikolwiek dramatyzm - Yann chyba zdaje sobie z tego sprawę, gdyż w pewnym momencie chwyta się ostatniej deski ratunku i zupełnie bezsensownie zabija Thorgala.

Nie lepiej z zadaniem poradził sobie Roman Surżenko, który jawi się tu jako najęty wyrobnik. Kadry rosyjskiego rysownika pozbawione są własnego stylu i wyraźnie widać, że próbuje on naśladować wczesne prace Rosińskiego. Ale w porównaniu do poziomu, do którego przyzwyczaił nas polski rysownik, Surżenko wypada blado i bezbarwnie, a o jego kresce można co najwyżej napisać, że jest poprawna.

Niełatwo jest być fanem "Thorgala". Seria kiepsko znosi próbę czasu, jej autorzy są zmęczeni (Van Hamme całkowicie już ją porzucił), a nowi twórcy nie radzą sobie z ciężarem legendy. Owszem, czasami trafiają się lepsze albumy - dobrze czyta się choćby "Statek miecz" czy "Nie zapominam o niczym!" - ale nawet one są tylko echem dawnej chwały. Nudna i mało pomysłowa "Raissa" czytana tuż po fatalnej powieści "Dziecko z gwiazd" przekonuje mnie, że być może czas już pożegnać się ze słynnym wikingiem. 35 albumów to kawał czasu, nie każdy musi żyć wiecznie.

Tomasz Pstrągowski

4 /10
OCENA

oceń
tak 0 50%
nie 0 50%

Opinie (0)

Pozostało znaków: 4000

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!